Dzień, którego nie było...
02 stycznia 2008
Chodzi mi po głowie taki wpis: dzień, którego nie było... Nowy Rok, 1 stycznia, to był właśnie taki dzień. Gdy się zaczynał, kładłem się spać - gdy wstałem, już właściwie dobiegał końca. Wcześniej było fantastycznie, to była najpiękniejsza noc sylwestrowa w moim życiu. Potem tak jakby nic. W sumie mógłbym powiedzieć, że nawet cały grudzień to był miesiąc, którego nie było. Prawie każdy dzień spędziłem w pracy i nie miałem czasu ani sił na cokolwiek i marzyłem o spokoju. To był trudny czas ale mimo wszystko owocny i niepozbawiony miłych momentów. Najmilszym z nich był niewątpliwie Sylwester, dzień najmilszy z całego 2007 roku. Pierwszy dzień nowego roku przespałem i raczej niewiele się wydarzyło; rok 2008 zaczął się dla mnie tak naprawdę 2 stycznia. Marzenie o chwili ulgi, odpoczynku, spełniło się... ale niestety czas biegnie do przodu i trzeba iść dalej razem z nim. Rodzi się we mnie ciekawość: jak będzie teraz? jaki będzie ten miesiąc, ten rok?










